Szacunek wyłącznie dla “naszych” zmarłych. Co zdarzyło się w Bełżcu?

Paweł Piotr Reszka prezentuje czytelnikom kolejną w tym roku publikację reportażowąMoralna neutralność

Paweł Piotr Reszka prezentuje czytelnikom kolejną w tym roku publikację reportażową. Tym razem uderza w czytelnika książką na wyraz smutną, ciężką do opanowania w sferze oceny moralnej Płuczki. W poszukiwaniu żydowskiego złota (https://www.taniaksiazka.pl/pluczki-w-poszukiwaniu-zydowskiego-zlota-pawel-reszka-p-1311464.html). Docieka wydarzeń powojennych procederów ograbiania miejsc pochówku na terytorium dwóch obozów zagłady – w Sobiborze i Beżłcu. Wstrząsającym jest, że wyszukiwanie kosztowności po zmarłych trwało nie tylko zaraz po zakończeniu II wojny światowej, ale aż do połowy lat 80. XX wieku.

Podróż w poszukiwaniu szacunku dla ofiar zagłady jest dla Reszki samotna, bezowocna. Im dalej zagłębia się w motywację kopiących, tym bardziej traci nadzieję, że którykolwiek z jego rozmówców przyzna się, że czyny których się dopuścili były haniebne. Jedyna moralność leży po stronie czytelnika, by razem z autorem w tej wędrówce wytrwać i oddać się refleksji. Z jednej strony Reszka nie ocenia, za co winniśmy być pełni podziwu, bo aż się o to prosi, stara się zrozumieć zachowania wręcz darwinistyczne, z drugiej cały czas szuka powodu, dla którego mieszkańcy pobliskich wiosek, z dziećmi, ograbiali latami masowe groby. Nie usprawiedliwia żadnego z czynów, ale poszukuje tego, czym się usprawiedliwiają. Jednym z czynników jest z pewnością bieda, drugim, co straszne, społeczne przyzwolenie na ten proceder.

Rąbanka, Icki i płuczki

Z początku rozmówcy Reszki nie chcą opowiadać wszystkiego, boją się, są nieufni. Poszukiwania materiałów dowodowych (przeprowadzone procesy grabieżców z lat 50.), archiwaliów ukazują, że sprawa była traktowana niezwykle po macoszemu, na co chociażby może wskazywać fakt, że przez prawie czterdzieści lat tereny obozów nie były zabezpieczone, odgrodzone ani pilnowane. Desperacki z początku krok autora – przepytanie wszystkich mieszkańców okolicznych wsi – stał się strzałem w dziesiątkę, ale też pewną pułapką. Z jednej strony dowiedział się wszystkiego, z zadziwiającą wręcz szczerością i szczegółami, z drugiej rozmawiał z ludźmi, którzy nic sobie nie robili z penetrowania grobów. Historie o “żydowskim złocie”, ogromnej majętności więźniów Sobiboru i Bełżca, krążyły w okolicznych miejscowościach od czasów wojny. Wszyscy doskonale wiedzieli, co się w tych obozach dzieje, piece chodziły całą dobę, a czasami, przy niesprzyjających wiatrach na oknach pobliskich domostw osadzał się tłuszcz. Czemu nikt nie zareagował?

Język, którym posługują się rozmówcy to szczególny rodzaj anty-empatii, uprzedmiotowienia, prawdopodobnie stworzonego po to, by nie wywoływać w sobie poczucia winy. Grabieże uznawano za normalne, dzieci porzucały szkoły, by szukać kosztowności, polepszyć byt rodziny. Są tacy, którzy przyznają się tylko do poszukiwania czegoś na powierzchni, między piachem, inni bez ogródek opowiadają o odrąbywaniu głów siekierą, by łatwiej wyciągnąć złote koronki z zębów. To ludzie, którzy wciąż żyją wśród nas, którzy uważają, że nic złego się nie stało, bo przecież “martwy Icek to już nie człowiek”.

Cover obraz autorstwa freepik - www.freepik.com